środa, 14 stycznia 2015

Rozdział 2

Oczami Bonnie


Wróciłam najszybciej jak się dało do domu. Bałam się, że będzie mnie śledzić, na szczęście chyba zostawił mnie w spokoju. Gdy dotarłam do drzwi automatycznie nacisnęłam na klamkę, ogromnie się zdziwiłam kiedy zauważyłam, że drzwi są zamknięte. Rodzice musieli wyjechać w delegację, tylko dlaczego mi nie powiedzieli? Zaczęłam szukać kluczy w mojej torebce, ale nie mogłam ich znaleźć. Nie wiedziałam jak dostać się do własnego domu, okrążyłam cały dom i zatrzymałam się pod oknem do mojego pokoju. Było uchylone! Udałoby mi się je otworzyć, tylko najpierw musiałam wejść na drzewo i przeczołgać się po grubej gałęzi prowadzącej do mojego okna. To nie było łatwe, bałam się, że spadnę, przecież to było dość wysoko. Wystarczająco wysoko żeby sobie coś zrobić przy spadaniu. Zostawiłam moją torbę pod krzakiem i zaczęłam się wspinać na drzewo. Gdy dotarłam do mojej gałęzi byłam z siebie bardzo dumna, kątem oka zarejestrowałam coś dużego, czarnego przelatującego za mną. Było trochę za duże jak na zwykłego ptaka. Chciałam się obejrzeć, ale przypomniałam sobie, że muszę być skupiona żeby nie spaść na dół. Gdy byłam już w połowie drogi noga zsunęła mi się z tej cholernej gałęzi i zjechałam z niej trzymając się tylko rękoma. Podciągnęłam się na tyle żeby nie spaść. Nie mogłam wejść na nią z powrotem. Powoli zaczynały mi ręce cierpnąć. Długo tak nie wytrzymam. Nagle na dole usłyszałam kogoś śmiech. Spojrzałam w dół i dostrzegłam Damona opartego o drzewo i patrzącego na mnie. Nie wierzę! Myślałam, że się przewidziałam, ledwo co było go widać w tych ciemnościach, tym bardziej, że on także był ubrany cały na czarno. Pomyślałam sobie, że za dużo już go dzisiaj widzę. Postarałam się go zignorować co nie było łatwe biorąc pod uwagę to, że zaraz mogłam spaść z drzewa a on się po prostu śmiał. Postanowiłam nie prosić go o pomoc. Nie wiem dlaczego, ale cały strach mnie opuścił. Nie bałam się w tym momencie niczego, Damona, ani nawet tego, że mogłam spaść i sobie coś złamać. Spróbowałam, więc drugi raz się podciągnąć i wleźć w końcu na tę gałąź. Rozluźniłam lekko uścisk i to był mój błąd. Wisiałam już na tylko jednej ręce, która również zaczęła puszczać gałąź. W tym momencie w ogóle nie pamiętałam o Damonie stojącym pod drzewem i przyglądającym mi się. Myślałam tylko o tym żeby nie spaść. I nagle ten przerażający strach powrócił. Puściłam gałąź i zaczęłam spadać. Miałam wrażenie, że spadam i spadam, przez całą wieczność. Tak naprawdę trwało to zaledwie kilka sekund. Kiedy już bardzo zbliżyłam się do ziemi – sama nie wiem jak udało mi się to poczuć – przygotowałam się na okropny ból, nagle znalazłam się w czyiś ramionach. Pomimo tego, że nie spadłam na ziemię tylko w jego ramiona to i tak okropnie bolało, na pewno mniej niż gdybym uderzyła w ziemię, ale w tym momencie nie interesowało mnie to. Gwiazdki zaczęły tańczyć mi przed oczami. Ostatnie co ujrzałam to była jego twarz…

*****
Witajcie! Oto mój drugi rozdział. Jeśli ktoś przeczytał proszę o komentarze. Wiele to dla mnie znaczy, nie wiem czy prowadzić tego bloga

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Rozdział 1

Oczami Bonnie
Siedziałam na podłodze mojego pokoju razem z Meredith i Eleną. Rozmawiałyśmy o wszystkim i jednocześnie o niczym. Nie chciałyśmy poruszać tematów, które dotyczą świata magii, że tak to ujmę. Plotkowałyśmy o chłopakach, o zbliżającym się balu i wielu innych błahych sprawach. Żadna z nas nie miała sukienki na bal, więc stwierdziłyśmy, że jutro po szkole wybierzemy się do miasta na zakupy. Po jakiejś godzinie dziewczyny poszły do domów. Poszłam do łazienki i załatwiłam swoje sprawy. Wróciłam do pokoju i zasnęłam. W środku nocy obudziłam się wystraszona. Nie wiem co wprowadziło mnie w taki stan. Rozejrzałam się po pokoju, ale nic nie widziałam. Zapaliłam nocną lampkę, jednakże nie ujrzałam niczego niepokojącego.
-Musiało mi się coś przyśnić – stwierdziłam. Po chwili zasnęłam ponownie.
Następnego dnia obudziłam się strasznie niewyspana. Zjadłam śniadanie, załatwiłam poranną toaletę i ubrałam się. Wzięłam kluczyki i ruszyłam do samochodu. Po drodze miałam wpaść po Caroline, tak też zrobiłam. Zdziwiłam się trochę gdy nikt mi nie otwierał, tym bardziej, że wczoraj umawiałyśmy się. Stwierdziłam, że nic tu po mnie i pojechałam do szkoły. Na miejscu przywitałam się z Eleną i Stefanem. A po chwili dołączyła do nas Meredith.
- Widzieliście może Caroline? Miałam po nią wpaść rano, ale nikt mi nie otwierał…  - spytałam przyjaciół
- Niestety nie, też jej szukałam -  odparła Meredith
Elena i Stefano także jej nie widzieli. Pewnie gdzieś wyjechała. Tylko dlaczego nic nam nie powiedziała? Trochę dziwne, ale cóż. Z rozmyślań wyrwał mnie głos Eleny.
- Bal już nie długo macie jakiś partnerów? – spytała
- Oficjalnie idę sama, ale będę tańczyła z Alarickiem – odpowiedziała Meredith i mrugnęła do nas
- Ja tradycyjnie sama – odparłam ze smutnym uśmiechem. Oczywiście nie zależało mi na partnerze, ale zawsze miło iść z kimś niż samemu.
Nagle tuż za mną rozległ się głos
- O, wiedźma nie ma się z kim wybrać na bal?
Odwróciłam się i zobaczyłam ten dobrze znany ironiczny uśmieszek Damona.
Zignorowałam go i z powrotem odwróciłam się do przyjaciół. Elena uśmiechnęła się do mnie pocieszająco. Stefano zaczął przepraszać za nieznośnego brata, ale przerwałam mu i powiedziałam
- Nie interesuje mnie on, dla mnie on nie istnieje.
- Och, jesteś pewna, że cię nie interesuję? – spytał Damon
Zignorowałam go i jakby nic się nie zdarzyło rozmawiałam dalej z przyjaciółmi. Niedługo rozległ się dzwonek na lekcje i udaliśmy się do szkoły. Lekcje jak zawsze ciągnęły się niemiłosiernie. Gdy skończyły się odstawiłam samochód do domu, wzięłam pieniądze i ruszyłam do Eleny. Pojechałyśmy samochodem Eleny po drodze wstępując po Meredith do galerii po sukienki. Cały czas czułam się jakby ktoś mnie obserwował. Nie zauważyłam nikogo, kto mógłby być niebezpieczny. Nie powiedziałam tego dziewczynom, ponieważ nie chciałam psuć im humoru. Wybieranie sukienek trochę trwało, więc gdy wracałam pieszo do domu było ciemno. Cały czas czułam się obserwowana. Szłam ciemną ulicą. Bałam się. Odwróciłam się, zobaczyłam jakąś ciemną postać schowaną za drzewem. Teraz to już bałam się ogromnie. Przyśpieszyłam. Zaczęłam biec. Znowu spojrzałam za siebie, ale nikogo nie zobaczyłam. Gdy odwróciłam się ujrzałam dokładnie przed sobą jakąś postać. Krzyknęłam. Ten ktoś zaczął się śmiać. Dopiero wtedy zorientowałam się, że to Damon. Serce biło mi dużo za szybko.
- Co, przestraszyłaś się wiedźmo? – spytał Damon ironicznie.
- Nie, po prostu śpieszy mi się – skłamałam
- Nie umiesz kłamać
- Nieprawda – odpowiedziałam i ominęłam go i chciałam odejść. Niestety chwycił mnie za rękę i obrócił tak, że nasze twarze dzieliły centymetry. Czułam jego oddech na mojej twarzy. Zdenerwowałam się
- Mógłbyś mnie łaskawie puścić? – zapytałam
- Dlaczego? Nie podoba ci się to? – nadal na jego twarzy tańczył ironiczny uśmiech
- Nie – odpowiedziałam przez zaciśnięte zęby, dlaczego on musi być tak cholernie przystojny?!
- Puść mnie – wysyczałam
Puścił moją rękę, więc odeszłam i zostawiłam go samego na środku chodnika
Gdy odchodziłam usłyszałam cichy szept
- Niedługo się spotkamy…